Story

Co ja tu robię …..

 

Po otrzymaniu informacji o zjawiskach niewyjaśnionych postanowiłem odwiedzić terytorium, którego współrzędne pochodzą od starego znajomego. Krótka wizyta, dobry artykulik i prawdopodobnie będę mógł go sprzedać każdemu redaktorowi. W torbie aparat fotograficzny, kilka zapasowych baterii, wodoodporna kurtka, dżinsy i w drogę.

 

Początek:
Kilka kilometrów do wskazanego punktu zostałem zatrzymany przez grupę wojskową. Chociaż szedłem drogą nie ukrywając się, byłem zaskoczony, gdy znikąd pojawił się kapitan wojskowy, położył mnie na ziemię i delikatnie, butami wojskowymi, zaczął łaskotać moje żebra. Niczego nie wyjaśniwszy, przeciągnęli mnie do opuszczonego budynku, który był pełen wojskowych, cywili, niezadowolonymi mordami i uczonych, których było łatwo odróżnić po miłym uśmiechu, inteligentnych oczach i ciąganą z kąta w kąt techniką naukową. Póki klękałem przed drzwiami porzuconego bunkra, miałem nad czym się zastanowić. Tu naprawdę coś się dzieje. Zespoły wojskowe, bieganie, krzyki. Mnie, jako niezależnego fotografa, to bardzo intryguje. Po dobrych półgodzinnych oczekiwaniach, z bunkra wyszedł żołnierz bez znaków rozpoznawczych. Poczułem, że wokół zamarło powietrze. Ochraniający mnie szeregowy cały zbladł. Zaistniało niebezpieczeństwo, że może odruchowo uścisnąć spust i będę cięższy o kilka gramów ołowiu. Żołnierz poprawił czarny beret, odwrócił się do grupy indywidów ubranych w camo (indywidów, nie wojskowych, ale wyposażenie imponujące), wydał jakieś instrukcje, zaczekał, aż grupa gdzieś wyruszy i odwrócił się do mnie. Gdy powolnym krokiem zbliżał się ku mnie, miałem wrażenie, że on jest tu wszystkim. Królem, bogiem, panem, władcą. Nazwijcie jak chcecie ale spotkanie z nim, z pewnością, nie było częścią moich planów. Poczułem się jeszcze bardziej krępująco.
– Zadow, po prostu Zadow. W jakiej sprawie? Sprawdziliśmy, pan ma pozwolenie niezależnego fotografa, ale jest to terytorium zamknięte i nikt nie może tu wejść ani wyjść bez pozwolenia dowódcy z moją rekomendacją.
– Pablo, jak Picasso, tylko nie maluję a fotografuję, – w głowie przemyślałem wszystkie możliwe kłamstwa, co tu robię, – redaktor przysłał zrobić zdjęcia żołnierzy podczas okresu spokoju, byliście najbliżej.
Zadow uśmiechnął się. Na widok jego uśmiechu nawet nieboszczyk by zmartwychwstał, a potem znowu by umarł.

 

 

Pozwolimy robić zdjęcia, ale tylko tego, na co sami wskażemy, żadnych arbitralnych zdjęć, żadnych pytań. Zanim materiał będzie wysłany redaktorowi, będzie musiał przejść naszą cenzurę. Próba dostania się do obszaru chronionego jest zabroniona, nie pytać, co się stanie, jeśli pan nie będzie posłuszny. Chociaż nie mamy nic do ukrycia, to są sprawy wojskowe. Gdzie mnie znaleźć wie. Proszę, bez potrzeby mnie nie przeszkadzać. Pozwolenie na przebywanie w okolicy otrzyma u komendanta.

 

Komendant krzywo spojrzał na mnie, zabrał wszystkie moje dokumenty, ale wydał pozwolenie. Zapiąłem go jako dowód, że jestem. Stało się pochmurno, padało i robiło się coraz zimniej, przecież jesień. Próbowałem zagadać do kilku żołnierzy. Niestety, wszyscy patrzyli na mnie jak na ducha, a za każdym razem słyszałem tę samą odpowiedź: do Zadowa. W myślach, gdzie spędzić noc i może coś przekąsić. Pomyślałem, że warto strzelić dwa zające – odwiedzić naukowców, może zdobędę informację, co tu się dzieje i gdzie się przespać. Znalazłem namiot ze znakiem medycznego krzyża, ale we środku pracowali naukowcy i z pewnością nikogo tam nie leczyli. Byłem w wielu laboratorium, ale takiego sprzętu jak tu, nigdy nie widziałem. Dali mi gorącej herbaty i posadzili na podróżnym krześle, kazali mi czekać, aż wróci profesor. Zasnąłem. Obudził mnie uczony, który potknął się o mnie. Chaos, taka pierwsza myśl. Uczeni spoceni naprawiają swoje urządzenia, wydają nawzajem poleceniami, biegają z jednego miejsca do drugiego, ale cała uwaga skierowana jest na małe pudełko ze znakami promieniowania, chemii i biologicznymi śladami zanieczyszczenia. Facet ubrany w cywilne ubrania zaproponował odprowadzić mnie do profesora.
Profesor, mężczyzna niedużego wzrostu, przy zakurzonym stoliku pełnym papierów, uśmiechnął się uprzejmie, ale w jego spojrzeniu widać, że wciąż jest gdzieś …

 

– Sakharov, profesor Sakharov. Słyszałem, że przybyliście dzisiaj. Czy pan już poznał Zadowa? Co za człowiek… Takich badać trzeba, a nie pozwalać prowadzić wojska … Ale o tym później. Teraz otrzymaliśmy nowe próbki z głębi terenu, więc nie mogę udzielić wam zbyt wiele czasu. Przewidując, czego pan może mnie pytać, powiem tylko to, co mogę. Tam, za ogrodzeniem, doszło do wypadku, więc teren jest zanieczyszczony promieniowaniem i nikogo tam nie puszczają ze względu na własne bezpieczeństwo. Przespać się, przekąsić i napić się czegoś ciepłego może u nas. Dany nam rozkaz nie przekazywać panu informacji. Dlatego nie będziemy w stanie pomóc. Dobrego wieczoru.

 

Profesor wyszedł. Zostałem sam w jego pokoiku.

 

Nie mogę zasnąć. W głowię się kręcą różne myśle. Dlaczego na bunkrze jest tyle reflektorów, że wszystko jest oświetlone jak dzień na odległości dwustu metrów, a i umieszczone karabiny maszynowe naprawione są w stronę zamkniętego terenu. Może by chronić przed promieniowaniem? Muszę wyjść przewietrzyć głowę. Stałem w cieniu pod deszczem i rozmyślałem nad wszystkimi możliwymi opcjami. Przed bunkrem Zadowa słychać było ciche głosy. Po dobrej godzinie z bunkra wyszedł Zadow z osobą ubrana na czarno. Osoba w ciemnym, jakimś modelu camo, ekskluzywnej kamizelce z czerwonymi detalami. Zdecydowanie nie jest to strój wojskowy, chociaż postawa żołnierska, były wojskowy, rozluźniony, nie spięty, zachowuje się spokojnie, rozmawia z Zadowym jak z równym sobie. Aluminiowa walizka w ręku. Coś wyjaśnia, rozmachuje rękami wskazując na teren zamknięty. Nie widziałem, ani kiedy, ani jak, ale jakby z ciemności pokazały się jeszcze dwie, tak samo ubrane osoby, niosące ciężką, czarną, metalową skrzynię. Zadow potarł rękę o rękę, wprowadził kod od zamka z boku skrzyni i podniósł wieko. Ze skrzyni wydostało się przyćmione światło. Intensywność światła zmieniało się od jaskrawoczerwonej do błękitnej. Zadow ze złością zamknął skrzynię, odwróciwszy się zaczął coś tłumaczyć „czerwonemu” dowódcy. Nawet stojąc na odległości dwudziestu metrów, słychać było fragmenty rozmowy: – Barmen… Mało… Płacę zbyt dużo… Zrobię wszystkich … Sidorowicz… Nie ufaj… Komar… Znajdź Doktora… Kto to “Kieł”… Naukowcy… Zaplanowali jutro wieczorem…

 

Zły Zadow wrócił do bunkra, a trójkę zostawił stać na zewnątrz. Ci stali przez dobre dziesięć minut, zawrócili i ruszyli w stronę lasu przy zamkniętym terenie.

 

Rano, mżawka. W głowie jeszcze więcej pytań, ale rozumiem, że lekko nie zdobędę potrzebnej mi informacji. Komendant przysłał szeregowego, by przyprowadził do niego. Śniadanie z komendantem, który dziś słodki jak miód … Pytał o wszystko: co i jak, co widziałem, co słyszałem, kiedy planuję wyjechać. Niestety, niczego nie mogłem mu powiedzieć, tylko pokazałem zdjęcia, co zrobiłem wczoraj. Komendant został zadowolony, zaproponował przechadzkę po okolicy i obiecał wszystko pokazać. Odmówiłem, chociaż zdałem sobie sprawę, że postąpiłem niezbyt dobrze. Kawa była pyszna, wojskowi takiej nie piją.

 

Po południu wróciła grupa w czarnych beretach, którą wczoraj gdzieś wysłał Zadow. Z sobą przyprowadzili faceta w camo, kamizelce z zieloną obwódką, a na plecach miał emblem jakiegoś zielonego wilka. Cały brudny, na twarzy skrzepła krew. Rzucili go przy wejściu, jak worek z piaskiem. Pojawił się Zadow, oczy miał czerwone, koordynacja naruszona, najwyraźniej pił całą noc. Jeden z grupy podał mu płócienną torbę. Spojrzał wewnątrz, ostrożnie włożył rękę do środka i wyciągnął z niej kęp jakiejś trawy. Schylony nad zielonym, powiedział mu coś i kopnął go kilka razy. Zaczął coś wyjaśniać grupie i zauważył, że obserwuję tę całą scenę. Kilka poleceń i grupa powłóczyła zielonego z sobą. Zadow szybkim krokiem poszedł do komendanta. Podejrzewam, że nie pozwolą mi tu zostać na dłużej. Trzeba otrzymać informację, co jest przewidziane na dzisiejszy wieczór.

 

Udało mi się kupić butelkę wódki u wojskowego kucharza. Powiedziałem, że potrzebna mi by oczyścić kamerę. Udałem się ku naukowcom, może będę miał szczęście do kogoś zagadać. Wszyscy naukowcy zajęci, nikt nie udziela ni słowa. Zauważyłem, gdzie niewojskowi zbierają się by zajarać. Stary, zrujnowany budynek. Z dwóch pięter zostało tylko jedno, a podłoga drugiego zamieniała dach. Urządziłem się na kilku starych oponach i zacząłem “polowanie”. Jeśli ktoś zapyta, robię zdjęcia odpoczywającym naukowcom. Po kilkugodzinnym dyżurze udało mi się zagadać z kilkunastoma naukowcami. Niczego nowego się nie dowiedziałem oprócz tego, że tu dzieje się coś ważnego. Pełno pracy, według jednego naukowcy, jej starczy na sto lat wszystkim uczonym świata. Naukowców zidentyfikowałem z rybołowami. Złowili narybek, opowiedzieli, że złowili wieloryba. Długie oczekiwanie zostało spłacone, pojawił się nuczony w zielonym biochemicznym kombinezonie. Drżące ręce, za plecami automat, przy pasie pistolet, oczy czerwone, ciągnie papierosa, kołysze głową, rozmawia sam z sobą. Wygląda jak psychicznie chory, ale na kombinezonie nadpis “Profesor Semenow”. Chociaż sam nie palę, poprosiłem poczęstować papierosem. Jakby tylko co ocknąwszy się, Semenow spojrzał na mnie i wyciągnął paczkę.

 

– Czy znaleźliście “tam” coś dobrego? – zapytałem, jakby mnie to interesowało.
– Znaleźliśmy, znaleźliśmy. Tyle znaleźliśmy, że niejasne, kto co robi i od czego może odwalić kitę. Nie wiesz, gdzie postawić nogę, żeby nie nastąpić na tym dobrym. Wyszliśmy ośmioro, aby pobrać próbki, wróciliśmy troje i to, z pomocą.
– Z pomocą? – udałem twarz zainteresowanej osoby.
– Tak, pomógł “miejscowy”, nazywają go “Doktorem”. Widać, że jest doświadczony, ale nie ujawnia żadnych informacji. Przeprowadził między anomaliami, istot odstraszył. Takiemu dłużni nie zostaniemy, oddamy stertę apteczek. Poprosił o kombinezon, tylko nie powiedział po co. Teraz jest w stołówce. Szkoda, że tacy ludzie nie pracują dla nas.

 

Anomalie? Istoty? Miejscowy? Nie pracują dla naukowców i wojskowych, to dla kogo pracują? Wszystkie pytania w część sekundy przeleciały w głowie. Trzeba znaleźć Doktora. Dla spokoju, jeszcze trochę pogadałem z Semenowym, ale w myślach już szukałem Doktora.

 

Doktora znalazłem niedaleko stołówki. Siwawy, z niechlujną białą bródką, jego oczy biegają, jakby czegoś szukały, na każdy dźwięk nagle odwraca się. Stare spodnie żołnierskie, kurtka balonowa, brązowy plecak turystyczny, pęk granat ręcznych, obrzyn, pistolet, błyszczy kilka noży. Tacy lekarze ludzi nie leczą, a tylko z litości mogą dobić człowieka. Stoi na rogu bunkra, pali fajkę, nie papierosa. Przyszedłem się przywitać. Obejrzał mnie od stóp do głów.

 

– Nowy? – zapytał sarkastycznie
– Fotograf, przybyłem dopiero wczoraj, mam pozwolenie na robienie zdjęć wszystkiego po tej stronie. Chciałem dowiedzieć się, co jest po drugiej stronie, co pilnuje wojsko. Mówią, że promieniowanie, tam niebezpieczne i nikogo nie puszczają.
– Nie puszczają, ale ktoś tak czy siak tam trafia, często nawet nie dochodzą do baru. Widzą jakiś artefakt, próbują go zabrać, a tam anomalia. Po anomaliach nawet nie zostaje co w ziemię zakopać.
– A sam, w takim razie, jak tam chodzisz? Może jest jakaś mapa, jak dotrzeć do tego baru?
– Mapa byłaby spoko, ale po każdym wyładowaniu niektóre anomalie zmieniają swoje miejsce, to jak żywy organizm. Takie wrażenie się, że Zona próbuje pozbyć się ludzi. Im więcej ludzi, tym więcej anomalii i niebezpiecznych miejsc.
– Jakie te anomalie? Czyżby ich nie widać, ani słychać?
– Coś dużo pytasz, może planujesz trafić do Zony?

 

Słowa, które powiedział, nie dawały mi spokoju, ale instynkt samozachowawczy nie pozwalał je ujawnić w życie. Tak, chcę, i to jak bardzo. Tu aż naprasza się na taki reportaż, że każde czasopismo zapłaci tyle, ile powiem, a może nawet więcej.
– Nie miałem takich planów, ale jeśli proponujesz, skorzystam z okazji.
– Nie proponuję, prościej by było odpalić bombę lub samemu zagrać “gorącego ziemniaka” z granatem. Ale powiem tak, dziś będziesz miał okazję zagrać rosyjską ruletkę o dwudziestej.
– Dlaczego taki dokładny czas?
– Widzisz, naukowcy dysponują sprzętem, który pozwala przewidzieć nadchodzące wyrzuty kilka dni wcześniej. Zawsze udzielam pomocy naukowcom, jeśli nie zagraża to mojemu bezpieczeństwu. Według nich, dzisiaj około dziewiętnastej będzie wyrzut, więc wszyscy, kto żywy, będą ukrywać się w bunkrach i swych norach, by uniknąć go. Chociaż wyrzut nie jest niebezpieczny, wszyscy ukrywają się przed nim. W Zonie, niestety, wyrzut jest śmiertelny. Jeśli usłyszysz syrenę, lepiej ukrywaj się pod ziemią. Tylko wiedz, że syreny nie zawsze działają. Będziesz miał dzień, czy dwa, by nauczyć się przewidywać lub kupić sprzęt, który informuje cię o zagrożeniach. Miałeś szczęście, słyszałem, że Zadow wczoraj otrzymał paczkę od Sidorowicza. Prawdopodobne, że przed wyrzutem wyruszy z konwojem do interesanta, więc masz dobre szanse, by dostać się do Zony.
– Widziałem, jak kilka osób dostarczyło skrzynię do Zadowa, a dziś jakiegoś faceta z zielonym wilkiem na plecach.
– Heh dzieci natury…
– Dzieci natury?
– Tak, na razie, jest ich tu kilka, ale coraz więcej osób przyciągają po swoją stronę. Dla nich artefakty potrzebne prosto tak, aby je mieć. Interesy robią dzięki różnym trawom, które rosną na polach z anomalią. A z wojskowymi dzielić się nie chcą.
– Wojskowi mi powiedzieli, że ten obszar nie jest zamieszkany, mogą tam przebywać tylko naukowcy ze specjalnymi kombinezonami. Ale mam pytanie, ile i czego jest w tym obszarze? Kto za to walczy? Kto czego chce osiągnąć?
– Jeśli odważysz się przyjść wieczorem, to przy barze wszystko ci opowiem i mniej więcej pokażę. Proponuję coś zjeść, bo nie wiadomo, kiedy będziesz miał okazję zjeść normalny posiłek. Także proponuję u naukowców zdobyć apteczkę i leki. Co wyjdzie, jeśli dadzą. Spotkamy się o dziewiętnastej za bunkrem Zadowa, stamtąd i ruszymy.

 

Po rozmowie z Doktorem, poszedłem do stołówki. Wtrącę podwójną porcję, potem do uczonych, może czym się podzielą, bo niczego nie mam w taką podróż. Zjadłem tyle, ile może zmieścić normalny człowiek. Wychodząc, przy drzwiach minąłem Semenowa. Już ubrany w biały lekarski fartuch, przechodząc obok mnie rzeknął:

 

– Nic nie wiem i tobie nic nie mówiłem.

 

Od razu i nie zrozumiałem, że te słowa są skierowane do mnie, ale po chwili zrozumiałem, że ktoś poinformował komendanta lub Zadowa o naszej rozmowie przy fajce. Poszedłem do uczonych. Od pomocnika udało mi się zrobić dwie apteczki i jakieś pigułki od promieniowania. U przyjaznego szeregowego – butelkę wódki wymieniłem na kilka puszek konserw i litr wody. Już idąc po mój plecak spotkałem komendanta, który “uprzejmie” towarzyszył mi do gabinetu, w którym siedział Zadow, dowódca bazy i w samym kącie – cywilny o surowym spojrzeniu.

 

– Szczerze i dokładnie, o czym rozmawialiście z profesorem przy fajce – bez skrupułów zaczął dowódca bazy.
– O pracy naukowców, kto co robi, ale on jakby z innego świata, mówił sam do siebie i jakby nie słyszał, ani o co pytam, ani czym się interesuję.
– Dlaczego, w takim razie, po waszej rozmowie pospieszył pan szukać Doktora?
– Z tego wszystkiego, co on mówił do siebie zrozumiałem, że jest jakiś pracownik, którego nazywają Doktorem. Było ciekawie z nim porozmawiać.
– A cóż on powiedział?
– Tylko tyle, że jest miejscowym, mieszka w chronionym przez was obszarze i czasami pomaga naukowcom z ich próbkami. Próbowałem namówić na kilka zdjęć, ale on odmówił.

 

Żołnierze spojrzeli na siebie, a w kącie stojący cywilny prawie niedostrzegalnie potrząsnął głową. Komendant rzekł krótko:

 

– Ze względu na okoliczności, niestety, ale wasz czas na forpoczcie się kończy, oto wasze dokumenty, pozwolenie wygasa równo o północy. W tym czasie prosimy o opuszczenie chronionego obszaru. Zadow chętnie doprowadzi was do najbliższej miejscowości.

 

Podziękowałem, zebrałem dokumenty i ruszyłem zbierać swoje zabawki.

 

Brzęczenie syreny obudziło mnie jak zimne wiadro wody z samego rana. Otworzyłem oczy, powoli wylazłem z krzaka, w którym zasnąłem czekając na Doktora. Może pomyliłem miejsce, a może Doktor poszedł sam. Syrena przestała huczeć. Przez skraj bunkra spojrzałem w stronę podwórka, wszyscy zniknęli, jakby nigdy tu niczego żywego i nie było. Poczułem lekki dotyk na moim ramieniu, odwróciłem się i zobaczyłem Doktora.

 

– Odważyłeś się, no cóż, ostatnie ostrzeżenie, jeśli pójdziesz ze mną – w stronę forpoczty nawet nie patrz, natychmiast padnie deszcz z pocisków od żołnierzy. Jeśli złapią, z Zony mogą deportować, albo zakopać na miejscu. Od momentu, kiedy ruszymy, jesteś za granicą prawa i niech nic, co się dzieje w Zonie, ciebie nie zaskakuje. Dopóki idziemy do baru, musisz trzymać język za zębami i zachowywać się tak, jak powiem.

 

Kiwnąłem, pokazałem, że się zgadzam. Być może zgubi mnie ciekawość.
Pierwsze kroki w Zonie nie zrobiły wrażenia. Lasy, łąki, zarośla. Przez jakiś czas szliśmy w milczeniu. Już ściemniało ale Doktor szedł, jakby było południe – słoneczny dzień. Po dobrym kawałku drogi Doktor rzekł:

 

– Zapytaj. Ale pamiętaj, że nie mam odpowiedzi na wszystkie twoje pytania, a niektórzy nie będą chcieli odpowiedzieć.
– Żołnierze. Dlaczego Zadowa boją się jak komendant, tak i dowódca bazy. Nawet naukowcy nie chcą o nim mówić?
– Zadow taki już jest. Zależy od humoru – może zastrzelić, a może nagrodzić. Ma stopień porucznika, a może już i wyższy. Chodzi o to, że wszystko, co znajdą w Zonie, idzie przez niego, za jego zgodą i z opłatą dla niego. Wszyscy inni siedzą w jego kieszeni. Ma nawet swoje małe własne wojsko. Widziałeś je, czarne berety lub czarne hełmy z wstążkamu. Nazywani są także wojskowymi najemnikami. Zwykle załatwiają różne brudne sprawy. Słowem, radzą sobie ze wszystkim. Zobaczyłeś ich i dawaj w nogi ile masz sił. Póki są najemni, mogą robić prawie wszystko co im się chce. A zwykli żołnierze dalej placówki starają się nie leźć. Nikomu nie przeszkadzają, dopóki komuś nie wpadnie w głowę coś zadziałać przeciwko uczonym. Wtedy się zaczyna… Areszty, deportacje. Nikt nie chce takich problemów. Czasami żołnierze towarzyszą przesyłkom z ruchomej bazy naukowej.

 

Tutaj Doktor nagle zamilkł i przykucnął. Gdzieś z przodu szelest drzewa przyciąga jego uwagę. Tak przebywaliśmy dobrych piętnaście minut.

 

– Możemy iść dalej. Widocznie, jaka Pijawka bliżej forpoczty przybłądziła. Napotkawszy ich, jeśli nie masz obrzyna czy kilku granat – dawaj w nogi.
– Pijawka, lekarska czy jak? – zapytałem żartobliwie.
– Nie, to stworzenie z Zony. Możliwe zmutowane, a może zostało takim stworzone, a może sama Zona go takiego zrodziła. Niewielu zna prawdę, a i ci milczą. Ty serio nic nie wiesz o Zonie?
– Tylko tyle, ile informacji otrzymałem. Że przez pewien czas tu pracują naukowcy i wojskowi, że badają zjawiska niewyjaśnione.
– O taaaaak, takich zjawisk tu pełno.

 

Na ramieniu Doktora zaczęło piszczeć przypominające telefon urządzenie. Milczę, czekam, aż sam powie, co to może znaczyć.

 

– Masz ci, niewyjaśnione zjawisko. Jeśli podejdziesz bliżej i zaczepi, oparzenie gwarantowane. Jeśli trafisz w centrum, to nawet popiołu nie zostanie. Trzeba ominąć łukiem, jakich piętnaście metrów. Wracając do wojskowych, nie trzeba się ich mocno bać, chodzą tylko drogą, w krzaki bez potrzeby starają się nie wchodzić. A ludzi tutaj wystarczająco, jak i mówiłem, im więcej ludzi, tym więcej śmierci
.
Resztę drogi szliśmy w milczeniu, miałem nad czym się zastanowić i nie chciałem wkurzać.

 

BAR

 

Oczekiwałem wszystkiego, ale nie tego, co zobaczyłem. Przy wejściu spotkało nas parę ochroniarzy z bronią. Gniewne spojrzenie, skurczeni jak zeszłoroczne śliwki. W starym opuszczonym hangarze znajdował się Bar. Pierwszą rzeczą, którą zobaczyłem idąc po hangarze, była przypominająca młodego przedsiębiorcę osoba. Facet coś drukował na starej maszynie do pisania. Doktor kiwnął mu głową. Wyglądało na to, że tamten nawet nie zauważył tego, ale uśmiech na jego twarzy, dał do zrozumienia, że cieszy się, iż został powitany przez Doktora.

 

– Oto Barin. Barin od broni lub techniki, bez różnicy. Jeśli potrzebny ci helikopter, załatwić coś anonimowo, on organizuje wszystko. Jak pokażę ci, gdzie i co, w pierwszą kolej proś go, by ci naprawił telefon do tego samego poziomu, jak u wszystkich. Pomoże przeciągnąć kilka dni. Jeszcze u Barina załatw jaką broń, bo wyjść z baru bez broni to samo, co wykąpać się w jeziorze kwasu siarkowego.

 

– A tutaj takie jest? – oczy stały mi na czole.

 

Doktor uśmiechnął się, co oznaczało, że wszystko może być, a może i nie, na razie nie rozumiem, co tu prawdziwe, a co nie. W następnym pokoiku spotkałem już wcześniej widziane Czerwone kamizelki, wszyscy wyprostowani, gardzącym spojrzeniem patrzyli na resztę.

 

– To ekipa Powinności, nazywaj, jak chcesz. Tylko nie leź do nich. Poczucia humoru nie mają źli jak diabli. Niedawno, pewien spryciarz wylał u nich na bazie jakiś kwas, to teraz pilnują Baru i cały czas tu ocierają się. Kumplują z żołnierzami. Przez Barmana załatwiają z nimi sprawy. Czasami pracują jako najemnicy i udają strażników Zony. Bardzo nie lubią Zielonych wilków, inaczej nazywanych grupą Wolności. 

Po przeciwnej stronie pokoju słychać było stęki i gniewne krzyki.

 

– Tutaj, u nas, jakby więzienie. Trzymają tu wszystkich, którzy przekraczają ogólne zasady. Tak mówiąc, jeśli w normalnym świecie narobiłeś spraw, Zona ciebie przyjmie, ale tu też są swoje zasady i za ich złamanie grozi kara, zwykle śmierć. Zasady są proste: nie kradnij, w Barze nie strzelaj i nie wyjmuj broni, o artefaktach rozmawiaj z Barmanem, nie strzelaj do swoich i przyjaciół, jeśli takich oczywiście masz i nie porzucaj ich w nieszczęściu.

 

Z pokoju w pobliżu więzienia czuć było lekki słodkawy dym.
– Jeśli pójdziesz tutaj bez maski przeciwgazowej, może ci się objawić co tylko chcesz. Tu pokoik Wolności. Zbierają się tu, by się rozluźnić i tym wszystkich wkurwiają. Innymi słowy, wieje tu wiatrem Wolności. Kumplują się ze wszystkimi wolnymi, najemnikami, czasami nawet z bandytami robią sprawy. Rzeczy załatwiają przez Sidorowicza.
– A Sidorowicz też tu?
– Nie nie, on jest całkiem w innym miejscu. Może kiedy pójdziemy tam, ale nie w nocy, i nie z nowym w Zonie.

 

Weszliśmy do głównej sali, gdzie hałas, gwar, butelki wódki na stołach, puszki z konserwami, popielniczki z papierosami. W kącie bar, za nim króluje zirytowany Barman, średniego wzrostu z małymi okularkami. Na pasie widnieje pistolet, rura którego pokruszona od częstego używania. Za plecami – załadowany karabin maszynowy, gotowy do pracy w każdej potrzebnej chwili. Brudnym futrem jakiegoś zwierzaka czyści szklankę. Zobaczywszy Doktora, popycha śpiącego mężczyznę przy barze, który spada i dalej spokojnie drzemie.
Wasze miejsce rezerwowane i czeka na was, – rzekł Barman i niczego nie pytając wybrał spod stołu butelkę z rudawym płynem. Nalewa do dwóch kieliszków i posuwa do nas. Doktor bez długiej decyzji, połknął zawartość kieliszka, otrząsnął się i odepchnął kieliszek z powrotem do Barmana.
– Zapoznaj się, Pablo, fotograf, nowy.
- Zrozumiałem, obsłużymy według wszystkich najlepszych tradycji francuskiego domu. Toaleta wysrać się na podwórku, szczać na każdy krzak, spać – w dalej znajdującym się pokoju. No, jeśli dzień jest dobry, wypić i nabić brzuch u mnie. Jeśli dzień nie wypadł, to tak czy inaczej u mnie, zawsze mam jedno-drugie zadanie. Niczego bezpłatnie nie mam, ale zawsze możemy się dogadać w dług. Nie wrócisz – wydobędę spod ziemi. W barze żadnej broni, poza barem robisz co chcesz, jeśli to nie ma wpływu na mnie i mój interes.

 

Kiwnąłem głową, co jeszcze mogłem zrobić. Wypiłem kieliszek z rudym płynem, zapachu – jak alkoholu. Przełknął się dosyć łatwo, ale po kilku minutach w środku jakby ktoś ognisko rozpalił. Przez oczy, uszy i całą skórę od środka poszła para. Ciepło, pomyślałem. Tymczasem Barman obserwował mnie z uśmiechem od ucha do ucha.

 

– No, jak ci nasz lokalny trunek z trawką od Wolności?
Kilka razy czknąłem i pokazałem kciuk.
Doktor przerzucił się kilkoma słowy z Barmanem, zabrał mnie do drugiego stolika, postawił pełny kieliszek trunku i butelkę wody.

 

– Usiądź, poczekaj, załatwię kilka spraw i wrócę.
Powoli popijając trunek zacząłem rozglądać się wokół. Styl ubrania gości: kto co to znalazł, to i założył. Niektórzy w dżinsach, inni w formie wojskowej, trzeci w starych żołnierskich mundurach. Przy jednym stole cicho siedziała czwórka w granatowych strojach i rozglądali się po Barze, jak ja. Za najbardziej oddalonym stołem siedziało kilka facetów, w żaden sposób niedopasowanych w ogólny obraz. Zanoszone adidasy, podarte dżinsy, czarne spodnie treningowe z trzema paskami, lekkie materiałowe kurtki z kapturami, na plecach workowate plecaki. Inaczej ich bym nie nazwał. Jeden z nich, prawdopodobnie starszy, w skórzanym płaszczu do ziemi z AK za plecami. Ogarnął mnie wzrokiem całego, uśmiechnął się, podniósł kielich i rąbnął. Nie wiedziałem, co robić, więc też wypiłem. Po kilku sekundach jeden z nich wstał i odwróciwszy się poszedł w moją stronę. Ze strony zapewne wyglądało to śmiesznie, bo praktycznie zadławiłem się na widok, że ta osoba – dziewczyna. Czarne oczy, czarne kędzierzawe włosy, pomalowane usteczka, rozpięta kurtka pobudzała lubieżne myśli. Szła, nie, ona nie szła, ona płynęła pełna wdzięku jak modelka na podium.
– Cześć, mam na imię Wera, możesz nie utrudniać sobie, Wiara, to jest, możesz mi ufać. Widzę,że jesteś tu nowy..
– Czyżby tutaj wszyscy wiedzą, że jestem nowicjuszem?
– Jeśli przeżyjesz w Zonie przynajmniej tydzień, nauczysz się odróżniać świeże mięso od doświadczonego miejscowego. Obejrzyj się, czym się różnisz od innych? U wszystkich bynajmniej jest maska przeciwgazowa, która z nowym filtrem pozwala przetrwać 10 minut. U poważniejszych, którzy podróżują w głąb Zony, zawsze przy sobie system zamkniętego układu oddechowego. Każdy ma pistolet, większość – karabin automatyczny, myśliwi, w większości, używają “pompkę” albo obrzyn. Myśliwymi nazywamy tych, którzy chronią przed stworzeniami Zony lub ich polują. Pijawka czy Snork boją się tylko granaty czy obrzyna, i to, najczęściej trzeba zdążyć podbiec i zakłuć dobrym nożem. Inaczej po minucie – kilku, może skoczyć i znowu napaść.

 

– Snork? Słyszałem o Pijawkach, ale co to za Snorki?
– Widzisz, w Zonie niebezpiecznych obiektów i tak dużo, a jeszcze gdzieś w podziemiach są laboratoria i nikt nie wie, co się tam dzieje. Chodzą plotki, że większości potworów są wynikiem nieudanych eksperymentów.
– Laboratoria, w których pracują naukowcy forpoczty?
– Nie, nie. Ci naukowcy “Ekolodzy” daj im jaki artefakt, trawę, anomalię pokaż. Masz dużo pytań, a my mamy wszystkie odpowiedzi. Dołącz do nas, damy broń i ciepłe miejsce. Szef jest dobry, czasem załatwiasz jedno – drugie zadanie i żyjesz spokojnie.
– Dziewczynko, czy czasem nie pomyliłaś stołu? – Oboje obróciliśmy się w tym samym czasie, właściciel głosu miał nieogoloną brodą, z sińcami pod oczami, krzywym uśmiechem i blizną na całej twarzy. Dziewczęca odwaga i pewność siebie gdzieś zniknęły. Drżącym głosem zaczęła coś mamrotać. Koledzy przy jej stole szybko stanęli. Wszystkie dźwięki w Barze zniknęły, w głuchej ciszy można było usłyszeć bicie serca. Jakoby wybuch kłapnął bezpiecznik.
– Zasady dla dżentelmenów znane? – zabrzmiał głos Barmana. A na barze już stał gotowy karabin, którego spust już był wciśnięty przez zbladły palec Barmana. Takie wrażenie, że on tylko i czeka, aż będzie mógł pokazać, jak człowiek staje się mielonym mięsem.

 

Na czarno ubrani mężczyźni powoli usiedli, dziewczyna szybkim krokiem wróciła do nich. Widać było, że wszyscy są czymś rozczarowani.
– Mówią do mnie “Szrama”. Dlaczego? Myślę, że nie muszę tłumaczyć. Widzę, że już zapoznałeś się z bandytami. Dobrze, że zdążyłem podejść. Doktor przekazał, że trzeba przypatrzeć za jakimś nowicjuszem. Jakim, długo myśleć nie trzeba było.
– Bandyci w Zonie?
– W Zonie wszyscy, co mają grzechy w wielkim świecie. A bandyci są naszą solą. Najczęściej nie zabijają, to jest, nie zabijają bez potrzeby. Złapią kogoś, opróżnią kieszenie, zabiorą co jest cenne i odpuszczą, nawet broni nie zabiorą. Jeśli nie będzie czego łowić, to nie będą mieli z czego żyć. Jeśli narazisz się na ich gniew, mogą sprzedać w niewolnictwo albo każą ciągnąć artefakty z anomalii. W Barze, jak i wszystkim innym, im dozwolono przebywać. A bazują się gdzieś głębiej w Zonie.
– Takie wrażenie, że w Zonie akcje wojskowe, a nie obszar zamknięty.
– Podobnie, Wolność walczy z Powinnością, Samotnicy jak najemnicy, wojskowych można przekupić, jeśli masz kontakty. Bandyci niebezpieczni. Jeśli masz coś cennego, naukowcy pracują ze wszystkimi, ale niechętnie, ponieważ liczą, że obcym tu nie miejsce.
– Samotnicy?
– Samotnicy, niezależni. Wszystkich nazywają jednym słowem STALKERZY.
– A ty do kogo należysz?
– My? Prawdopodobnie do niezależnych stałkerów.
– Ty mówisz my? Kto ci my?
– My, powiedzmy, grupa starych dobrych przyjaciół. Czasami robimy coś wspólnie, przy ognisku posiedzimy, historie opowiadamy.
– Ilu was jest?
– Cóż, Doktora już znasz, to jeszcze ja i kilku innych przyjaciół. Nadejdzie czas, jeśli będziesz żył, może i ty się zgodzisz.
Wrócił Doktor, usiadł powoli, rzucił na nas spojrzenie:

 

N naukowcy zgodzili się, że ich laboratorium od izolatora radioaktywnego oczyści grupa Powinności. Za to otrzymają parę kostiumów, by mogli sporządkować i swój stary bunkier. Z jednej strony, może to i dobrze, przestaną ocierać się w barze, to może i nam będzie spokojniej. Wolność również chcą od Bandytów odzyskać bunkier przy Czerwonym lesie, zbierają najemników. Wróży się wiele zmian, będzie wojna, będą ofiary, jakoby Zona powoli zabjała… Co do ciebie Pablo? Masz tu nienowy, ale dobry pistolet i mój obrzyn. Jak kupisz swój, zwrócisz. Używana maska przeciwgazowa, żebyś nie umarł natychmiast i kamizelka, żebyś miał gdzie wszystko przenosić. Moja rada, jeśli masz przeczucie, że lepiej nie iść, to nie idź. Jeśli ci mówi padać – padaj. Sam nigdzie nie idź, z Bandytami lepiej nie kumpluj się i trawy nie pal. Unikaj dróg, bo tam wojskowi patrolują i nie odwracaj pleców szczęściu. Muszę iść. Po drodze do naszej kryjówki skoczę do Bołotnowa, może będzie miał informację o migracji Chimer. W żaden sposób nie skumasz, do jakiej grupy należal.
Zrozumiałem, że dzieję się coś ważnego, ale wciąż nie kumam wspólnego obrazu.
Krótko, czy wszystkie stwory w Zonie są niebezpieczne?

 

Szrama spojrzał na Doktora. Doktor kiwnął głową, podniósł się zza stołu i powoli pociągnął w stronę baru. W dłoniach Barmana pojawiła się karafka tego samego rudego napoju. Napełniwszy kieliszek, zaczekał aż Doktor go wypije, skinął głową i powoli zaczął czyścić brudny kieliszek. Doktor wyszedł, ciekawe, czy jeszcze go kiedyś spotkam.
Rada, jeśli masz wątpliwości co do swoich możliwości przetrwać, za kilka dni będzie zebrano wystarczająco artefaktów i one z eskortą będą przetransportowane do Zadowa. Będziesz mógł dołączyć do nich i wrócisz na wielki ląd. Cały pozostały czas będziesz mógł spędzić w barze. Myślę, że tutaj zrobisz wystarczająco dobrych zdjęć dla swojego reportażu. Powodzenia w przetrwaniu. Zobaczymy się w Zonie.
Pomysł był dobry, ale teraz nie miałem wystarczająco woli by pokonać ciekawość. Ranek mądrzejszy od wieczora. Jeszcze skoczę do Barina i poszukam kąta do snu.
Znalazłem Barina przy tablicy ogłoszeń. W tym czasie on przyczepiał zdjęcie z nadpisem: “poszukiwany Komar, najlepiej żywy, nagroda 100 rentgenów”. Machnięciem ręki wskazał mi iść w stronę jego pokoiku. Nie trzeba było długo czekać. Pojawił się Barin, wyciągnął rękę:
– Kim jestem, ty wiesz. Doktor opłacił twój rachunek. Daj swój telefon, coś nawróżę.

 

Wyciągnął stary laptop i podłączył mój telefon. Zaczął coś klikać na klawiaturze. Po dobrych pół godzinach:
– Już, skończone. Teraz twój telefon nie jest telefonem. Po włożeniu kilku dodatkowych chipów, może on więcej. Po pierwsze, nawet jeśli syrena nie działa, nadal będzie komunikat, że zbliża się wyrzut. Jeśli zacznie trzeszczeć, działa licznik Geigera i zbliżasz się do źródła promieniowania. Przeprojektowana antena wykryje anomalie, jeśli zacznie piszczeć, wynoś stamtąd ręce i nogi jak najdalej. Jeszcze znajdziesz mapę, opisy i informacje o tym, co masz w plecaku, jeśli czasem zapomnisz.
– Jak mogę znaleźć miejsce do spania?
– Istnieje kilka sposobów zarobić: przystępując do Wolności albo Powinności otrzymasz wszystko, czego potrzebujesz, ale będziesz musiał robić to, co każe dowódca. U Bandytów jest to wszystko, to niczego nie ma. Czym bardziej ubodzy są stalkerzy, tym bardziej biedni są Bandyci. Możesz zarobić u naukowców lub szukać artefaktów. Pracy możesz znaleźć u mnie, Barmana lub Sidorowicza. Zadow czasami zatrudnia ludzi. Wojskowi raczej wszystko zabiorą, ale możesz dać łapówkę lub upić. Artefakty możesz sprzedać uczonym, Barmanowi, Sidorowiczu lub Barydze. Ten ostatni, między innymi, jest starszy u Bandytów. Niektóre artefakty są droższe u jednego, u drugiego – tańsze. Ryzykujesz tylko – doniesiesz, czy nie. Jeśli masz pieniądze z wielkiego lądu, możesz je wymienić u mnie, czy Barmana. Miejscowa kasa nazywa się Rentgeny. Za nie możesz kupować i sprzedawać. Miejsce dla noclegu dalej, za barem. Najlepiej byś miał nieduży namiot i śpiwór. Tylko nie zostawiaj niczego cennego jak pójdziesz do Zony, chociaż złodziei tu mało, bo Barman z takimi ma krótką rozmowę.
Za barem pojawia się prawdziwe namiotowe miasteczko. Może trochę wilgotnie i niewygodnie, ale wystarczająco bezpiecznie i nikt nie hałasuje. Ochrona tutaj uważnie pilnuje pokoju. Znalazłem wolne miejsce, ustawiłem pojedynczy namiot, wlazłem w śpiwór i próbowałem zasnąć. W głowie tyle informacji, że jest jasne: tutaj nic nie jest jasne. Jedna odpowiedź rodzi jeszcze dziesięć pytań. I musiała moja ciekawość pokonać mój instynkt samozachowawczy. Co ja tu robię? Sen i zmęczenie pokonały mnie…
Hałas w barze, krzyki, szum butów. Obudziłem się naciskając uchwyt pistoletu, jednak mój instynkt samozachowawczy robi swoje, uczy się, tak mówiąc. Wybrałem się z namiotu, szybko wrzuciłem kilka rzeczy do plecaka i pobiegłem do sali baru.
Wygląda jakby wojskowi robili przeszukiwanie. Przy barze stoi mężczyzna i spokojnie rozmawia z Barmanem. Inni stoją plecami do ścian, a reszta siedzi przy stołach dalej od baru, odwróceni w ich stronę, łapiąc każdy ruch Barmana i gościa. Jakby nic niezwykłego, tylko nerwowość otaczających ludzi wskazuje, że coś tu się dzieje. Intuicja kazała mi wynosić się stąd, ale jak zwykle, ciekawość wygrała. Rozmowa Barmana z gościem trwała dobrych dwadzieścia minut. Gość w końcu szepnął coś do barmana, kiwnął głową i odwrócił się. Publika jeszcze bardziej spięła się. Twarz gościa była jakby potarkowana i popalona. ​​Same blizny, czerwone oczy, jedna ręka wisi aż do kolana, druga jakby normalna. Podszedł do najbliższego stolika, powiedział coś grupie stalkerów, od czego ich twarze stały się białe, potem zielone i ostatecznie nabrały niebiesko-zielonego odcienia. Gość roześmiał się głośno, zgarbił się i pociągnął w kierunku wyjścia. Wszyscy westchnęli z otuchą. Nabrałem odwagi i podszedłem do stolika ze stalkerami.
– Co to było? Co takiego powiedział?
– Co powiedział? Nic takiego, zaproponował przejechać się na karuzeli.
– I?
– Co i? Czyżby nie znasz Isloma? Jak rozmawiasz z nim twarzą w twarz, wszystko jest w porządku, tylko odwróć mu plecy i jesteś trupem. Mało kto został żywy po tym, jak odwrócił mu plecy. Prawda, ​​jeśli ma dobry nastrój i ma cukierki, możesz domówić się, że zaprowadzi ciebie do właściwego miejsca Zony. Potwory i stwory boją się go. Może tylko Kontroler lub Burer wylaższy z opuszczonego obiektu może go zaatakować. Ich energia Psi i moc telepatyczna chronią ich przed Islomem.
– Ile rodzajów potworów w Zonie trzeba się bać?
– Bać się trzeba wszystkich. Prędzej czy później, tak czy siak spotkasz się z którymś z nich. Zmutowane szczury są niebezpieczne, gdy jest ich dużo albo wejdziesz do podziemi. Psy jakoby wszystkie postrzelane, Doktor czasami pojawia się ze swoim pseudo-psem, w jakiś sposób go oswoił. Zmutowane dziki i sarny również występują, ale starają się trzymać dalej od ludzi. Pijawki i Snorki są najczęściej spotykanymi stworami. Burerzy czasami pojawiają się pojedynczo, czasami parami. Kontroler też tam jest, ale to chodzą plotki. Czasem pojawiają się zombie, choć wielu twierdzi, że są to stalkerzy, którzy znaleźli wejście do którejś z laboratorium o wysokim psi promieniowaniu. Ale są plotki, że może to być praca Kontrolera. Teraz idź, musisz zastanowić się, jak dostać się do Sidorowicza omijając Isloma.
Zegarek pokazywał dziesiątą. Przedstawicieli Wolności i Powinności nie było widać. Widocznie, wyszli załatwiać swoje sprawy. Po wizycie Islomu bar szybko stał się pusty. Barman nie spał i wciąż polerował kilka kieliszków. Może ktokolwiek da pracę? Muszę tu przecież jakoś przetrwać …
– Może masz jakąś lżejszą pracę? Taką, żebym nie zdechł jak tylko wyjdę przez drzwi.
– Pracy zawsze jest, ale nie wszyscy jej się biorą. Albo w głowie zbyt mało kaszy, albo zbyt mało odwagi. Mogę zaproponować, abyś zaniósł paczkę do Sidorowicza, musisz znaleźć kilka artefaktów, jest kilka zainteresowanych. Jeśli odważny, trzeba obejrzeć kilka miejsc. Podczas wykonywania zadań może i nie zarobisz dużo, ale na puszkę konserwów, butelkę wody i amunicję wystarczy.
– Co do artefaktów, gdzie ich szukać i jak je zbierać?
– Artefakty można znaleźć w całej Zonie, bardziej rzadkie artefakty znajdziesz tam, gdzie są anomalie czy inne niebezpieczne miejsca. Im rzadszy artefakt, tym więcej dostajesz. Jeśli na zamówienie, to i bonus będziesz miał. Tylko musisz wiedzieć, że na nieobrobione artefakty potrzebny pojemnik. Nikt nie ma pojęcia, dlaczego, ale jeśli masz kilka artefaktów, wchodzą ze sobą w interakcje i ten, kto ma te artefakty, może mieć problemy zdrowotne.
O artefaktach więcej wiedzą naukowcy. Każdy artefakt ma swoją własną charakterystykę, niektóre zabijają, niektóre leczą. Znajdziesz artefakt – nieś do mnie, a potem powiem ci, co on robi. Jeśli bardzo chcesz, będę mógł aktywować artefakt. W torbie aktywowanych artefaktów będziesz mógł przechowywać trzy sztuki. Wszystkie artefakty mają swój okres ważności, po tym, jak aktywujesz i go użyjesz, za jakiś czas “wyładuje się” i staje się bezwartościowy.
– W takim razie, może pójdę najpierw do Sidorowicza i zaniosę mu paczkę, o której wspomniałeś.
Jak zrozumiałem, kasy tu trzeba mieć dużo, ale chciałem najpierw zobaczyć więcej obszarów Zony i zrozumieć, co się tutaj dzieje.
Przy wyjściu, grupa stalkerów gotowych do wejścia gdzieś w głąb Zony. Na ich czele stał wysoki mężczyzna z siwą brodą, za plecami zwisający obrzyn, przy pasie – pojemnik na artefakty. Mały plecak i kurtka, która dużo widziała na swojej drodze. Głos ochrypły, mówi cicho ale słychać go nawet za kilka metrów.
– Gdzie idziesz młodzieńcze? – zapytał mnie nagle. – Może chciałbyś dołączyć do nas? Mamy zamiar udać się do Czerwonego lasu i po drodze wpadniemy do Sidorowicza.
– A w jakim celu zamierzacie udać się do Czerwonego lasu?
– Widzisz, znaleźliśmy kilka ciał lub to, co po nich zostało. Najczęściej znajdujemy ciała bez krwi lub podarte, ale wszystkie w jednym miejscu. Według tego wiemy, kto zaatakował lub gdzie jest stalker. Ale ta sytuacja jest inna, podejrzewamy, że w Zonie znowu polowała Chimera.
– Chimera?
– Tak, poluje w nocy, jeśli usłyszysz ryk, czy zobaczysz czerwone oczy uciekaj ile nogi niosą.
– Sugerujesz, żebym uciekał, a wy zostaniecie?
– Widzisz, nas jest mało, ale nas nazywają myśliwymi. Naszą pracą jest regulowania populacji potworów. Jeśli jesteś z nami, opowiem ci więcej po drodze.
Po drodze? Wewnątrz, po prostu skakałem ze szczęścia, że ​​nie będą musiał sam szukać, gdzie się schował Sidorowicz.A jeszcze sam nawet fakt, że będę miał „ochronę”, która poluje tych, których wszyscy się boją. Szczęście uśmiechnęło się do mnie.
Przez kilka godzin cicho i spokojnie poruszaliśmy się po lasach, czasami omijając niewidzialne przeszkody. Jak odezwał się dowódca grupy, byliśmy wystarczająco daleko od Baru.
– Cóż, powiem ci, co robią myśliwi, gdzie i jak polujemy. Między nami jest tylko kilka prawdziwych myśliwych, wszyscy innych – nowi. Podczas każdego polowania kogoś mamy pochować, ale jedna śmierć ratuje kilkanaście osób. W Zonie są nieszkodliwe te stworzenia: zmutowane szczury, dziki, zmutowane psy i inne zmutowane leśne zwierzęta. Nie są szkodliwe, jeśli trzymać się dalej od ich gniazd lub miejsc do spania, ale mogą być niebezpieczne, jeśli wzrośnie ich populacja. Zmutowane stwory, których pochodzenie nie jest jasne – to Snorki i Pijawki. Zakładamy, że to wojskowi po nieudanych eksperymentach. Są szybkie i bezlitośne, ale przewidywalne. Zabijają wybrany cel i ogólnie, tym się zadowalają. Przed takimi potworami skuteczne granaty i strzelby. Ale tylko ranią. Trzeba zdążyć podbiec i zakłuć nożem, bo inaczej mogą uciec. Kolejny potwór – Burer. Jest ich kilka rodzajów. Rudy – malutki, powolny. Podziemny Burer – wyższy, w czarnym płaszczu, laboratoryjny. Łączy ich kilka wspólnych cech. Poruszają się powoli, starają się przylgnąć do budynków i mają moce telekinetyczne. Niektórzy mówią, że widzieli jak Burerzy rzucają świetlne kule „pioruny”, jeśli taka trafia w człowieka, to zostaje on zgnieciony jakąś siłą grawitacji i staje się mielonym mięsem w ludzkiej skórze. Takiego potwora polować ciężko, najlepiej w kilka osób śrutówką. Żeby ogłuszyć Burera trzeba trafić co najmniej cztery razy i to nie zawsze to kończy się pomyślnie. Jeśli czuje zagrożenie, może unieść ręce w górę mówiąc jakąś modlitwę. Wtedy otacza go niebieskawe światło i w takim razie żadna kula go nie bierze. Zwykle, w taki sposób pozostawia niebezpieczny teren. O Kontrolerach prawdopodobnie już wiesz. Odstraszyć mało szans. Pewna grupa stalkerów próbowała go zabić i z grupy w pięćdziesiąt osób nie zostało nikogo. Ale po jakimś czasie ktoś widział kilku z nich chodzących po Zonie jako zombie. A teraz polujemy Chimerę. Poluje ten stwór tylko w nocy, a w dzień się chowa. Abyśmy mieli gwarancję, od wojskowych otrzymaliśmy kilka granatników podwieszanych. Miejmy nadzieję, że wystarczy. Jeśli się uda, przyniesiemy jedną z głów Chimery. Pamiętaj: dla stworów niebezpieczne są granaty, strzelby, ale one nie zabijają, tylko ranią. Konieczne trzeba zakłuć nożem na przekór wszystkiemu.